Artur i Ewa

20 sierpnia 2020
Kategoria: bieg ultra | Rodzina SRR
Autor: Piotr Cukrowski
"Jeśli coś nam nie sprawia radości, to nie zrobi się tego dobrze. Praca, bieganie czy hobby - jeśli lubimy to co robimy to uśmiech na twarzy sam się pojawia."

Biegaczka: Ewa Pawlak
Rozpoczęcie przygody z bieganiem: Okres podstawówki
Debiut w zawodach: Nie pamięta

Biegacz: Artur Czerwiec
Rozpoczęcie przygody z bieganiem: Nie pamięta
Debiut w zawodach: Radomski Maraton Trzeźwości na dystansie 21km. Radom 2012

Opowiedzcie o swoich biegowych początkach.

Ewa: Od zawsze byłam związana ze sportem. W szkole podstawowej brałam udział w zawodach lekkoatletycznych. W 7 klasie biegałam jeszcze dość intensywnie, ale potem przyszły ważniejsze sprawy i bieganie zeszło na bardzo daleki plan. Generalnie byłam aktywna cały czas, ale do biegania wróciłam dopiero za sprawą Artura. Sędziował mecze piłkarskie i musiał zdawać testy więc chodził na treningi i biegał. Pewnego razu gdy wychodził na trening powiedziałam, że idę z nim. Pierwsze moje biegowe podrygi to 200m odcinki. Na początku umierałam, ale z czasem poprzeczka szła coraz wyżej. 2km, potem 4km, 6km itd. Tak to się na nowo zaczęło mniej więcej w 2008 roku. Im dłuższy dystans tym bardziej mi się to podobało ponieważ czułam, że mogę więcej.

Artur: Ze sportem jestem poniekąd związany całe życie, podobnie jak Ewa. Byłem sędzią piłkarskim więc dla mnie to był obowiązek być przygotowanym do zawodów. Nie miało znaczenia czy sędziowałem mecze Ekstraklasy czy 3 ligi. Musiałem być przygotowany bardzo dobrze pod względem motorycznym. Wtedy czułem, że mecz się fajnie sędziuje. Gdy przestałem sędziować około 2010 roku przyszedł okres bez regularnego biegania, który trwał mniej więcej 2 lata. Z racji na brak ruchu i utrzymania takiego samego poziomu kaloryczności odżywiania niestety waga poszła drastycznie w górę. Trzeba było coś z tym zrobić i tak wróciliśmy do regularnego uprawiania sportu, na tyle na ile czas i praca zawodowa pozwalały. Tak to się kreci do tej pory.

Pamiętacie swój debiut w zawodach?

Artur: Mój oficjalny debiut w zawodach był na dystansie półmaratonu podczas Radomskiego Maratonu Trzeźwości. To jeszcze była ta stara wersja, która odbywała się na Borkach. To chyba był 2012 rok. Bardzo mi się podobało. W planach miałem wtedy złamać 2h. Mówiłem sobie, że spokojnie dam radę. Czułem się przygotowany ponieważ podczas sędziowania meczy przebiegało się w 90 minut średnio 12-15km. Byłem pewny, że spokojnie da się to zrobić. Coś tam się jeszcze potrenuje i będzie dobrze. Do 15km biegło mi się super. No i niestety… Wysiłek sędziego na boisku jest zupełnie inny od wysiłku podczas ciągłego biegu, co zweryfikowało moje możliwości w bieganiu i niestety nie udało się. O kilka sekund przekroczyłem wtedy założony przez siebie czas <śmiech> To były moje pierwsze oficjalne zawody. Fajna atmosfera, fajni ludzie. Wspominam ten dzień bardzo dobrze.

Ewa: Nie pamiętam który był pierwszy. Z tych dłuższych dystansów to chyba Półmaraton Radomskiego Czerwca około 5 lat temu. W międzyczasie był jakiś triathlon, ale z tych krótszych dystansów nie jestem w stanie sobie przypomnieć.

Jesteście ultrasami. Co to dla was znaczy i co jest takiego urzekającego w tych biegach?

Artur: W pewnym momencie swojego życia każdy ma swój ultra bieg. Dla kogoś to będzie 5-10km, a dla mnie ultra zaczyna się po 40-50km w cięższych terenach górskich. Czy jesteśmy ultrasami? Zależy jak kto do tego podchodzi. Z definicji wychodzi, że wszystko co powyżej dystansu maratonu to już są biegi ultra. Ok, jeśli takiej regułki się trzymamy to tak, jesteśmy ultrasami <śmiech> Aczkolwiek nie lubię takiego szufladkowania. My po prostu biegamy, a że lubimy dłużej i w trudniejszym terenie… Czy to jest ultra? Jak obserwuję sceny biegów ultra to nasze biegi są rozgrzewką w porównaniu do osób, które biegają po 300-500km, czy jak chociażby mój ulubiony biegacz Roman Ficek 2800km. Gość niesamowity, z charyzmą i zawsze uśmiechnięty, na którym by kilometrze biegu nie był. Biegi terenowe czy górskie przyciągają troszeczkę innych ludzi i panuje tam specyficzny klimat. Na asfalcie czegoś takiego nie doświadczyłem. Najfajniejsze w bieganiu po górach jest to, że nie musisz mieć ciągłego biegu, chociaż jak widzę co czołówka wyprawia na tych biegach… <śmiech> To jest niesamowite. Dla nas jest to po prostu frajda i przyjemność pojechać na takie biegi, przebiec je i zobaczyć osoby, które tak dobrze panują nad swoim ciałem.

Ewa: Każdy ma swoje ultra. Dla kogoś 5km w górach czy gdziekolwiek indziej będzie graniczyło z cudem. Ktoś inny powie “Co to jest 5km”. Wszystko zależy od predyspozycji danej osoby. To czy jesteśmy nastawieni na 5-10km, czy może jesteśmy długodystansowcami gdzie możemy biec bardzo długo. To jaką mamy odpornośc na ból, który pojawia się podczas biegu. Czy biegamy wolno czy szybko. Wszystko jest kwestią indywidualną, która oczywiście z czasem może się zmieniać. W biegach górskich panuje inny klimat. Cała otoczka tego wszystkiego: góry, zieleń, możliwość przytulenia drzewa, nieprzewidywalność pogody i terenu. Wszystko zmienia się dynamicznie. Tu podbieg, tam zbieg i cały czas coś się dzieje. To sprawia, że te biegi są takie niesamowite.

Największa biegowa przygoda jaką przeżyliście to?

Artur: Każdy bieg ma swój klimat i otoczkę, dzięki którym czegoś zawsze się uczymy. Czy są to zawody biegowe czy triathlonowe to wszystkie mają swój fajny klimat. Jeden z fajniejszych jaki pamiętam to zeszłoroczny bieg w Szczawnicy na 64km. Biegło mi się super. Wszystko zagrało więc była bajka. Miałem porównanie z poprzednią edycją gdzie przebiegłem chyba 44km i umierałem po tym biegu, a rok później po 64km było rewelacyjnie.

Biegi górskie są mocno nieprzewidywalne. Pamiętam jak na Śnieżce cały tydzień była temperatura 22 stopnie, a w dzień startu ponad 30, więc robotę temperatura zrobiła straszną. Kolejnym przykładem jest Lament Świętokrzyski gdzie cały tydzień było ładnie, a podczas biegu przeokropnie lało. Ciężko sobie wyobrazić bieganie w ulewie na 80km przez 10-12h… Kiedyś nikt by mnie do tego nie zmusił, a teraz… <śmiech> To jest właśnie ta nieprzewidywalność gór. Piękna pogoda, fajny szlak i wszystko super, a nagle coś się kończy. Zmienia się szlak, zmienia się pogoda. Na asfalcie trochę brakuje całego tego zaskoczenia i niepewności.

Ewa: Chyba mój pierwszy bieg w górach. Artur biegł Rzeźnika, a ja 10km na Jeleni Stok. Wtedy pokochałam biegi górskie. Miałam tylko kibicować, ale w ostatniej chwili zapisałam się właśnie na ten dystans. Bardzo miły bieg, który jest dla mnie wyjątkowy bo zapoczątkował moje bieganie w górach. Generalnie każdy bieg ma swój urok i jest nieprzewidywalny. To się czasami wpadnie w błoto albo zaskoczy ulewa. Bardzo fajne jest odkrywanie własnego ciała w trakcie takich biegów, a przynajmniej ja tak mam. Przebiegnie się ileś tam km i nagle zaczyna coś tu strzykać, tam pobolewać i trzeba nauczyć się nad tym panować. Wydaje się, że człowiek jest przygotowany, a tu się okazuje, że nie wiadomo do końca jak nasz organizm zareaguje. To są sytuacje nieprzewidywalne, które nas dużo uczą.

W styczniu tego roku mieliśmy fajną przygodę. Pojechaliśmy pobiegać treningowo po górach do Szczawnicy. Wszystko super, biegliśmy po śniegu gdy zerwało się wietrzysko i nagle brak ścieżki oraz zaspy po pas… Nie było wyjścia i trzeba było się przedzierać do przodu. Potem przyjemność w schronisku przy kominku z herbatką. To bardzo wzmacnia. Potem takie rzeczy, które nam się przytrafiają w życiu codziennym nie załamują tak bardzo i potrafimy sobie z nimi radzić. Jesteśmy odporniejsi i potrafimy się odnaleźć w sytuacjach gdy los daje nam prztyczki.

Ciekawą przygodę, choć raczej bym tego tak nie nazwała, miałam podczas pandemii. Postanowiłam pobiegać po podwórku od drzewa do drzewa. Pętla wynosiła 20m i zrobiłam tak 7km. Niektóre rzeczy naprawdę są fajne tylko raz. Nigdy więcej tego nie powtórzę <śmiech>

Nie tylko bieganiem się pasjonujecie. Przybliżcie nam historię waszej miłości do dwóch kółek.

Ewa: U mnie zaczęło się to od triathlonu 5 lat temu. Wtedy współpraca z rowerem nie układała się najlepiej i troszeczkę się zraziłam. Potem miałam przygodę na rowerze górskim, która zakończyła się w szpitalu. Po tym wypadku ciężko było wrócić do sportu, ale się nie poddawałam. W zeszłym roku pokochałam jazdę po górach. Te widoki, podjazdy i zjazdy to coś wspaniałego. Jeszcze się trochę boję na zjazdach, ale z każdą chwilą jest coraz lepiej. Również w zeszłym roku wystartowałam w Bydgoskim triathlonie. Miałam tam tak niesamowita frajdę z roweru szosowego, że sama nie mogłam uwierzyć. Przez okres kwarantanny trenażer był w użytku cały czas i widzę, że teraz mogę coraz więcej i szybciej.

W czerwcu braliśmy z Arturem udział w Tour de Silesia. Wyścig wirtualny na dystansie 250km, który pokonaliśmy wspólnie. Dobrze jest mieć fizjoterapeutę na trasie. Jak kolano wysiądzie to się zrobi pauzę, nogę wystawi i fizjoterapeuta naprawi <śmiech>. Bardzo fajna zabawa i jednocześnie najdłuższy dystans jaki przejechałam. Dało mi to takiego kopa na rower, że na obecną chwilę dwa kółka zajmują u mnie pierwsze miejsce. Ja się tym bawię i sprawia mi to ogromną przyjemność. Zarówno szosa jak i MTB.

Artur: Z rowerem jestem związany praktycznie całe życie. Dla dzieciaków w moich młodzieńczych latach to był jedyny środek lokomocji. Jak chciało się pograć w piłkę to trzeba było pojechać na drugi koniec wioski i potem wrócić. Chcąc popływać w Radomce trzeba było 20km pojechać i wrócić. W wieku 13-14 lat dostałem od rodziców pierwszy rower górski i od tamtej pory 12 miesięcy w roku cały czas na kółkach. Nawet nie miałem prawa jazdy bo nie było mi potrzebne. Wszędzie przemieszczałem się rowerem. Dopiero w wieku 27 lat zrobiłem prawo jazdy i nabyłem samochód <śmiech> Rower był ze mną praktycznie od początku. Jest dla mnie symbolem niezależności i wolności. Mój najdłuższy dystans to również 250km, który pokonaliśmy wspólnie z Ewą.

Dorzućmy do puli pływanie i mamy kolejną dyscyplinę. Skąd u was pomysł na triathlon?

Artur: U mnie jak zawsze przez przypadek <śmiech> Zaczęło się od chęci dopieczenia mojemu pacjentowi. Mówiłem mu, żeby wziął coś ze sobą zrobił. Odgrażał się przez trzy lata, że wystartuje w Herbalife w Gdyni (obecnie Ironman) 1900m pływania, 90km rower i 21km biegu. Pomyślałem, że może jak mu wjadę na ambicję to w końcu się ruszy. Oczywiście wcześniej nie miałem żadnych występów w startach triathlonowych, a porwałem się na połówkę Ironmana w 2014 roku. Dopiero później przyszły jakieś krótsze dystanse <śmiech> Do tej pory kolejnej połówki jeszcze nie zrobiłem i czekam aż w Gdyni będzie pełny Ironman. Przygotuję się do niego i wystartuję. Bardzo fajna przygoda i super zawody. Połączenie trzech różnych dyscyplin. Trzeba być mega wszechstronnym i wszystko musi się dobrze zgrać. To tak jak z ultra. Jak nie zjesz, nie wypijesz w odpowiednim momencie i nie przygotujesz się do dystansu to jest ciężko i twoje umiejętności są bardzo mocno weryfikowane.

W moim debiucie super mi się popłynęło i pojechało na rowerze, a na bieganiu mnie odcięło. Bardzo ważna jest strategia. Pojechałem wtedy bardzo szybko rower. Gdybym przejechał ten dystans 10 minut wolniej to potem na bieganiu mógłbym pokonać dystans 30 minut szybciej. Bardzo polecam triathlon bo to super przygoda szczególnie ten nasz lokalny w Skarżysku. Jak tylko wrócą do organizowania to od razu się zapisujemy. Rewelacyjna organizacja, super trasa pływacka, rowerowa i biegowa. Mega zabawa i jedne z fajniejszych zawodów.

Ewa: Ja zaczęłam jakoś rok po Arturze. Zobaczyłam jak jest fajnie podczas kibicowania i mnie to zaczarowało. Postanowiłam spróbować tak dla sprawdzenia siebie. To było w Poznaniu na dystansie 1/8 Ironmana. Była jeszcze pamiętna Bydgoszcz, do której mam ogromny sentyment. Ten start sprawił mi ogromną przyjemność. Wszystko się super zgrało i było rewelacyjnie. Tak mi się spodobało, że chciałam na następny dzień wystartować w Skarżysku, w zawodach w których miał brać udział Artur. Wstałam w niedzielę rano i stwierdziłam, że jednak tylko pokibicuję <śmiech> W tym roku myślałam o Gdańsku i o Bydgoszczy żeby wystartować na 1/2 Ironmana. Jednak sytuacja z Covid pokrzyżowała trochę plany. Spróbuję w przyszłym roku, bo takie fajne rzeczy mocno nakręcają.

Jesteście fizjoterapeutami i trenerami. Zawód trudny, wymagający i bardzo odpowiedzialny. Dlaczego zdecydowałeś się pójść właśnie tą drogą?

Artur: Fizjoterapeutami jesteśmy z wykształcenia. Czy trenerami? To zależy jak ktoś rozumie słowo trener. Dla mnie jest to osoba, która zajmuje się stricte daną dyscypliną. My po pierwsze przygotowujemy pacjentów do tego, żeby mogli normalnie funkcjonować w życiu codziennym, a jeżeli będą chcieli uprawiać jakiś sport, żeby byli do tego przygotowani. Współpracujemy z trenerami przygotowania motorycznego. Jeśli oni mają problem ze swoimi pacjentami to przysyłają go na konsultacje do nas i odwrotnie. W momencie gdy kończymy swoją pracę i pacjent jest już gotowy by wejść w trening obciążenia to z nim tego nie robimy, tylko odsyłamy dalej do osób, które są kompetentne i szkolą się w tematach przygotowania motorycznego i trenowania pod daną dyscyplinę. Tak to powinno wyglądać. Kierujemy i podpowiadamy pacjentom gdzie mają się udać w następnej kolejności. Czy skorzystają z tych rad? To już jest ich wybór. My tylko pokazujemy drogę.

Ewa: Mnie zawsze ciągnęło w kierunku medycyny i weterynarii. Potem wybór był między weterynarią i fizjoterapią. Trochę rozbieżne kierunki <śmiech>. Wybrałam drugą opcję aczkolwiek przebąkują mi czasami takie myśli, żeby to połączyć i pójść trochę w kierunku terapeuty zwierzęcego.

Artur: U mnie były dwie opcje drogi zawodowej. Szkolnictwo i pan od W-Fu albo rehabilitacja i fizjoterapia z racji przygody ze sztukami walki. Interesowałem się akupunkturą i akupresurą co było na tamte czasy niedostępne w naszym kraju pod kątem szkoleń. Wybrałem zainteresowania. Zawsze chciałem być panem od W-Fu, a zostałem fizjoterapeutą <śmiech> Bardzo się cieszę z tego wyboru.

Artur przez twoje ręce przewinął się pewnie niejeden biegacz. W jakim sektorze treningowym biegacze amatorzy mają największe braki?

Artur: Mobilność, przygotowanie motoryczne i dysbalans mięśniowy. To są sfery na które powinniśmy zwrócić więcej uwagi. Dużo osób myśli, że samym bieganiem zrobi wynik. Tak nie jest. Bieganie to jest już końcowy element układanki. Trzeba zadać sobie pytanie kto co chce osiągnąć w bieganiu. Posłużmy się moim przykładem. Ja chcę mieć z tego fun i przyjemność. Chcę przebiec te km w takim stanie, żeby móc na końcu rozmawiać i iść napić się piwa… bezalkoholowego oczywiście <śmiech> Można też tak jak po moim pierwszym biegu w Szczawnicy leżeć 30 minut na trawie i mieć problemy z oddychaniem. Wszystko zależy od celów. Jeżeli chcesz sobie biegać to ok. Bieganie ci zostanie bo to jest twój cel “pobiegać sobie”. Jeżeli jednak chcesz już robić jakieś wyniki to trzeba podjąć odpowiednie kroki aby te cele osiągnąć.

Ja w swoim życiu nie miałem żadnej kontuzji związanej z przeciążeniami treningowymi, która by mnie wyłączyła z aktywności. To jest bardzo duży problem u początkujących biegaczy. Osoby, które mają mały potencjał ruchowy chcą bardzo szybko osiągnąć szybkie czasy czy pokonywać bardzo długie dystanse. Jeżeli ktoś ma duże deficyty ruchowe i siłowe, dysbalans mięśniowy, zaburzoną sylwetkę ciała i chce robić mega wyniki to sorry, ale niestety nie da się. Potrzeba na to czasu żeby to wszystko skorygować i stworzyć organizmowi optymalne warunki do tego, żeby podołał takim obciążeniom. Nasz bardzo dobry kolega biegał bardzo szybko i w bardzo krótkim czasie osiągnął bardzo dobre wyniki w maratonie. Robił naprawdę mordercze treningi. No i niestety, po około 5 latach poszły takie przeciążenia na organizm, że nie biega w ogóle.

Bieganie jest fajne do 30 minut tak dla zdrowotności. Wszystko powyżej 5-10km to już jest bardzo ciężki trening i duże obciążenia dla naszego organizmu. Wszystkie niedociągnięcia w zakresie mobilności i przygotowania motorycznego w pewnym momencie po prostu wyjdą. Jeżeli ktoś nic nie robił w swoim życiu, lub nie ma potencjału ruchowego i nagle chce nadrobić to w bardzo krótkim czasie to tylko kwestia czasu aż złapie kontuzję. Najgorsze co możemy zrobić gdy coś boli lub pojawi się kontuzja to “rozbiegać to”, ale tak niestety zdarza się i to dość często. Nie każdy może być Pawłem Żukiem, który z kontuzją biega i po dwóch dniach już jest wszystko ok. Nie wiem jak on to robi i co on ma za organizm <śmiech> To jest ewenement. Paweł ma niesamowite pokłady samoregeneracji, a do tego zna swój organizm.

Ewa specjalizujesz się w pracy z małymi pacjentami. Dzieci są bardziej wymagającymi pacjentami niż dorośli?

Ewa: Głównie zajmuję się dziećmi, ale nie zawsze tak było. Wcześniej ponad 15 lat pracowałam z dorosłymi i nigdy nie przypuszczałam, że będę pracować z dziećmi. Maluchy są zdecydowanie bardziej wymagającymi pacjentami. Trzeba być bardzo kreatywnym ponieważ dzieci się szybko nudzą. Z nastolatkami można się dogadać i łatwiej wejść z nimi w ćwiczenia. Do młodszych dzieci trzeba być niesamowicie cierpliwym. Moje dzieciaki nauczyły mnie tego. Fajnie, że są w tak rozbieżnym wieku, czyli 9, 13 i 18 lat. Każde interesuje się czymś innym, a ja muszę nadążyć i dzięki temu  mogę porozmawiać zarówno o maincrafcie, jak i o kucykach pony z małymi pacjentami <śmiech> To pozwala łatwiej nawiązać wspólny język i przełamać pierwsze lody w relacji, ponieważ dla dzieci wizyta w gabinecie to duży stres.

Niestety coraz więcej rodziców przychodzi do mnie ze swoimi pociechami. Są to przypadki czasami skrajnie różne, od dzieci, które niewiele się nie ruszają, a ich jedyną aktywnością jest komputer i telefon, aż po przeciążonych i przetrenowanych małych sportowców. Pracuję też z niemowlakami, przedszkolakami, dziećmi z różnymi deficytami neurologicznymi, czasami bardzo mocno uszkodzonymi. Praca z dzieciakami jest specyficzna i bardzo odpowiedzialna, ale jednocześnie bardzo wdzięczna i daje ogrom satysfakcji.

Na terapeutach dziecięcych, zwłaszcza prowadzących maluszki, ciąży ogromna odpowiedzialność, ponieważ pierwszy rok w życiu dziecka jest najważniejszy. Dziecko z niemówiącego i leżącego przechodzi do pozycji spionizowanej. Ile ono musi przejść etapów rozwoju, żeby pokonać taką drogę i to w ciągu roku. Później taki maluch już sobie doskonali pewne elementy jak chód czy mowę. Im wcześniej rozpoznamy i zaczniemy korygować patologiczne wzorce ruchowe, tym dziecko szybciej dojdzie do pełni sprawności. Jeśli te wzorce przetrwają, ponieważ zostały niezauważone lub zbagatelizowane, to czas potrzebny na ich naprawę będzie się wydłużać. Im więcej tego czasu upłynie tym trudniej to wszystko będzie skorygować. Z kontuzjami jest tak samo. Im dłużej będziemy odwlekać jej leczenie tym trudniej będzie ją wyleczyć. Mam jednego pacjenta, którego powadzę od 4 miesiąca życia. Obecnie ma 7 lat. Nikt nie dawał mu szans na chodzenie, a teraz biega. Uważam to za mój ogromny sukces.

W terapii mam też dziecko z autyzmem. Gdy przyszedł do mnie pierwszy raz miał 4 latka. To było dziecko, które nigdy nie okazywało żadnych emocji. Po zakończeniu wizyty zaczął płakać, a jego mama gdy to zobaczyła, razem z nim. Udało mi się wyzwolić w nim uczucia, emocje, tego, czego wydawało się że nie ma. Patrząc na nich sama się rozpłakałam. Piękne chwile dla których warto się tak starać. Praca z dziećmi to również praca z rodzicami, a to już nie zawsze jest takie przyjemne. Czasami łatwiej pracować z dziećmi niż z ich rodzicami. Zdarza się, że są za bardzo przewrażliwieni lub bagatelizują moje wskazówki. To utrudnia współpracę, która jest niezbędna, żeby terapia przynosiła porządane efekty.

Oboje jesteście Vege. Coraz więcej osób przechodzi na ten typ diety lub zastanawia się czy spróbować. Przybliżycie nam ten styl żywienia?

Ewa: Jesteśmy wegetarianami z tendencją do opcji wegańskich. Na obecną chwilę ciężko stwierdzić czy przez ten styl żywienia czuję się lepiej, ponieważ nie jem mięsa przez prawie całe życie. Przestałam je jeść chyba w wieku 14 lat. Po prostu nie pamiętam już jak to było wtedy. Generalnie czujemy się bardzo dobrze i jesteśmy mocni. Nasze dzieciaki też nie jedzą mięsa. Najstarszy syn w życiu nawet go nie spróbował, natomiast dziewczynki wcześniej czasami podjadały u babci. To był ich wybór i nie zakazujemy im tego na siłę, aczkolwiek w domu gotujemy bezmięsnie. Najmłodsza pytała się czemu nie jemy mięsa i przez długi czas nie przekonywało jej to, że ja wolę świnkę pogłaskać niż zjeść. Teraz absolutnie nie chce mięsa.

Ostatnio uratowaliśmy królika z przerobienia na pasztet. Mamy go w domu i dziecko się cieszy: “mamo nikt go nie zjadł”. Swego czasu w wigilię wypuszczaliśmy karpie jako symbol. Robimy to z przekonań. Jednak, żeby powiedzieć czy ta dieta jest lepsza… Myślę, że każda zbilansowana dieta jest dobra, nieważne czy zawiera mięso czy też nie. Ważne, żeby była zrobiona z głową, odpowiednią wiedzą i tylko wtedy to ma sens. Jak mi ktoś mówi, że jest wegetarianinem i na pytanie co je odpowiada, że bułkę z serem, to to nie jest wegetarianizm. Takie jedzenie do niczego dobrego nie prowadzi. Musimy zadbać o różnorodność naszej diety i wybierać produkty wysokiej jakości. Na samej bułce z serem daleko nie zajedziemy.

Co poza sportem sprawia wam przyjemność? Jakieś hobby lub inne pasje?

Artur: Z racji ciągłej chęci rozwoju i kształcenia zawodowego czasu na hobby mam niewiele, ale udało mi się wrócić po 10 latach przerwy do wydawania płyt winylowych. Kiedyś robiliśmy to w trzy osoby. Wydawaliśmy dużo niezależnej muzyki praktycznie z całego świata, od Stanów Zjednoczonych po Malezję. Teraz gdy w dwie osoby wznowiliśmy działalność to nam Covid wszystko popsuł i czekamy na lepsze czasy, żeby mocniej z tym ruszyć <śmiech>. Działa to na takiej zasadzie, że do nas spływają materiały od artystów. My odsyłamy to do tłoczni w Czechach. Podpisujemy się pod tym jako wydawca i zajmujemy się promocją oraz dystrybucją gotowych płyt. Bardzo fajne uczucie, gdy ludzie piszą z rożnych części świata, że super płyta i czy można ją jeszcze dostać. Daje to ogromne samozadowolenie, ponieważ kosztuje nas to bardzo dużo czasu. Dopóki starczy sił będziemy to robić, ponieważ to ogromna frajda i satysfakcja. Tak jak w życiu. Jeśli coś nam nie sprawia radości, to nie zrobi się tego dobrze. Praca, bieganie czy hobby – jeśli lubimy to co robimy to uśmiech na twarzy sam się pojawia.

Uwielbiam też gotować, ale jak później patrzę, że mam to wszystko pozmywać to mówię “Jezu można było zamówić coś do jedzenia”. Zmywanie to jest chyba jedyne czego nie cierpię, dlatego staram się, żeby moje gotowanie było jednogarnkowe. Byleby tylko jak najmniej rzeczy ubrudzić w kuchni <śmiech> Moim takim marzeniem i planem było zrobić bar wegetariański, ale niestety doba ma tyle godzin ile ma i nie da się wszystkiego pogodzić, a szkoda.

Ewa: Na początku chcę powiedzieć, że Artur rewelacyjnie gotuje. Uwielbiam posiłki, które przyrządza. Kocham czytać książki. Przyjemność sprawia mi również robienie rzeczy ładnych. Na to mam troszeczkę mniej czasu, ale jak przychodzą dłuższe zimowe wieczory to zajmuję się np. wypalaniem w drewnie lub Decoupage. Teraz mam zamiar wziąć się za Makramy. Sprzęt już mam kupiony więc nie mogę się doczekać aż zacznę. Wracając z biegów zbieraliśmy gałązki, których użyję do ich tworzenia: “Ta będzie idealna” – mówię. Teraz póki wieczory są jeszcze długie i ciepłe to spędzamy je aktywnie, czy to na rowerze czy nad wodą. Jak tylko dzień zrobi się krótszy to zaczynam dziergać. Lubię i to mi sprawia przyjemność.

Biegi ultra i setki kilometrów na rowerze. Jak wasza rodzina i znajomi reagują na te wyczyny?

Ewa: Generalnie większość naszych znajomych jest w jakiś sposób aktywna i coś ze sobą robi, więc jest zrozumienie i to często nas nakręca. U nas jest o tyle fajnie, że oboje jesteśmy aktywni i możemy robić to razem. Ja się nie złoszczę na Artura, że idzie na trening. No dobra, czasami się złoszczę <śmiech>, ale oboje się rozumiemy i wspieramy. Dzieciaki na początku podchodziły do tego na zasadzie: “znowu idziecie”, “znowu was pół dnia nie będzie”. Teraz jest inaczej. Dzieci są starsze, przez co nam jest łatwiej. Wcześniej biegało się po nocach lub z samego rana, żeby nie robić tego kosztem rodziny. Teraz dzień wcześniej mówimy, że idziemy na trening bo planujemy dłuższy rower czy bieganie. Rozumieją to i nie mają z tym problemu. One same też są aktywne. Syn obecnie zrobił się nieco bardziej statyczny, ale wcześniej grał w siatkówkę i trenował w Czarnych Radom. Trenował też karate. W sumie wszyscy razem trenowaliśmy. Dzieci przestały po 1,5 roku, a ja zostałam na 5 lat <śmiech>. Dziewczynki wkręciły się w rower, więc jest fajnie bo możemy sobie jeździć na wycieczki tak do 30km rekreacyjnie na lody.

Szykuje wam się jakaś fajna sportowa przygoda jeszcze w tym roku?

Artur: Najbliższy to triathlon w Kozienicach. Dodatkowo mam jeszcze przełożony bieg 100 Miles of Istria w Chorwacji na październik. Bardzo go polecał świętej pamięci Grzesiek Lasota. Wypowiadał się o nim bardzo fajnie, więc postanowiłem się zapisać. Planować w tym roku można dużo, a co się z tego odbędzie to nie mamy na to wpływu. Z takich nie startowych tematów w planach jest jeszcze biegowo pokonać Czerwony Szlak Świętokrzyski. To będzie niecałe 100km i chcę to zrobić dla siebie.

Ewa: Mi rzutem na taśmę wpadł triathlon w Kozienicach. Artur robi olimpijkę, a ja startuję w sztafecie. Pewnego wieczora urodził się pomysł… Szybki telefon do Gochy i raz, dwa temat był ogarnięty. Ja jadę na rowerze, nasza Matka będzie klepać asfalt. No i trzeba było znaleźć pływaczkę. Udało się załapać na listę startową. Gocha nas tak zareklamowała, że aż się boję tego startu <śmiech> Dla mnie to też nowość, bo mam za sobą indywidualne starty w triatlonie, ale to będzie pierwszy raz w sztafecie. Coś innego i fajnego. Dodatkowo mamy w planach z Arturem objazd Tatr na rowerach. Około 200km i coś powyżej 3000m przewyższeń. Może we wrześniu? Zobaczymy jak to się nam ułoży.

Chcecie przekazać coś naszym czytelnikom?

Razem: Bawcie się tym co robicie czerpiąc z tego jak najwięcej przyjemności i frajdy. Nie róbcie nic na siłę. Uśmiechajcie się do siebie, do wszystkich wokół i bądźcie szczęśliwi.

Przeczytaj również…

W tej samej kategorii

Share This